FORUM - GRZEGORZ WILK


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Tajemnice,zagadki,ciekawe i tajemnicze obiekty i miejsca
Autor Wiadomość
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-04-02, 21:54   


Skarby wojenne zakopane pod Opolszczyzną, lokalizacja dobrze znana


Dziennik wojenny, który jest w posiadaniu Fundacji Schlesische Brucke opisuje ostatnie miesiące II Wojny Światowej bardzo szczegółowo. Zawiera także informacje o skarbach ukrytych w ziemiach Opolszczyzny i Dolnego Śląska.


Darius Franz Dziewiatek, założyciel fundacji Schlesische Brücke, oraz Roman Furmaniak zgodnie przyznają, że odetchnęli z ulgą w momencie jak informacja o ukrytych skarbach z czasów II Wojny Światowej ujrzała światło dzienne.

Autentyczność dziennika została wcześniej potwierdzona zarówno przez polskich jak i niemieckich ekspertów. Na 500 stronach zawarte są ostatnie chwile, dni i miesiące II Wojny Światowej. Tam również z wielką dokładnością opisano miejsca, w których zabezpieczono liczne skarby takie jak monety, medale biżuterię a nawet tony złota czy depozyty bankowe.

Spośród 11 skrytek, Fundacja poinformowała rząd o 5 z nich, które według ekspertów są najcenniejsze i najciekawsze. Oficjalne pismo do rządu zostało wysłane jeszcze w październiku 2018 roku, założyciel fundacji zastanawia się dlaczego do dziś brak jest jakiejkolwiek odpowiedzi w tej sprawie.

- Jest to oryginalny dziennik wojenny pochodzący z drugiego okresu II Wojny Światowej. Zawiera praktycznie wszystko co działo się w ostatnie dni i ostatnie miesiące. Jest to dar od niemieckich chrześcijan dla polskich chrześcijan, czyli od organizacji chrześcijańskiej Quedlinburger, która w tamtym roku obchodziła 1100 letnią rocznicę powstania. Jest to dar, zwrot, aby to wszystko co zostanie wydobyte, zostało zwrócone swoim właścicielom, a reszta, żeby przyczyniła się dla dobra Polski i polskich chrześcijan, aby to wpłynęło na wyrównanie poziomu życia wszystkich chrześcijan w Europie - mówi Darius Franz Dziewiatek.

Dziennik ma ponad 500 stron i są szczegółowo opisane akcje chowania depozytów. W sumie jest opisanych 11 lokalizacji oraz inne detale związane z ostatnimi dniami Wojny Światowej. Autentyczność jest potwierdzona w Niemczech przez kilka instytucji. Potwierdzono również, że depozyty opisane w dzienniku istniały i do tej pory nie zostały odnalezione. Są to depozyty w formie złota, obrazów, dzieł sztuki najlepszych i najcenniejszych artystów, skrzynie policyjne z Wrocławia.

- Naszą misją było zgłosić ten fakt w odpowiednim momencie, a tym momentem było święto Quedlinburga i rocznica w Polsce czyli obchody 100 lecia powstania wolnego Państwa Polskiego. W tym terminie dokonaliśmy tego zgłoszenia. Już od stycznia tamtego roku przygotowywaliśmy wszystkie organy naszego kraju, że takie coś nastąpi, w tym celu odbyliśmy kilka spotkań - dodaje Franz Dziewiatek.

Rozmówcy zapytani o pociąg ze złotem spod Wałbrzycha śmieją się. - Pociąg z Wałbrzycha to jest jeden z elementów tej układanki. Ten pociąg egzystował. Od 4-5 lat niektóre z tych miejsc są objęte monitoringiem. Naszym celem było to zgłosić, ale dopilnować także, by ktoś inny z tego nie skorzystał. Jedna lokalizacja znajduje się na Opolszczyźnie, a 10 lokalizacji na Dolnym Śląsku - słyszymy.

- Chcemy stworzyć Spółkę Akcyjną, która miałaby na celu poszukiwanie tego skarbu. Zajmie się wydobyciem, ale jednocześnie korzystając z fachowców chcielibyśmy odkryć jeszcze inne depozyty, które są zgłaszane do Ministerstwa Kultury. Do wydobycia trzeba koparki, sprzęt do wiercenia, trzeba przesunąć rzekę. Chowanie tego było tak zaplanowane, by odkrycie było czasochłonne, pracochłonne i kapitałochłonne. Mowa tu o ogromnych pieniądzach, w milionach - dodaje Franz Dziewiatek, który przyznaje się, że od 18 lat trzymał tę tajemnicę, a sam dziennik jest w jego posiadaniu od 10 lat.

- Ten cały tekst opisuje absolutnie fachowo wszystko. Znajdują się tam zbiory znanych rodów żydowskich. Myślę, że oni będą z niecierpliwością patrzyli co się dzieje tutaj w kraju. To ruch, którego celem jest to, by Śląsk nie był źródłem konfliktu między Polską a Niemcami. Niektóre tajemnice zostaną rozwiązane w najbliższym czasie, a na niektóre przyjdzie jeszcze poczekać - dodaje Roman Furmaniak.

http://www.24opole.pl/292...,wiadomosc.html
 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-04-11, 00:05   

Dziwne chmury

Chmury to puszyste, zbite masy pary wodnej, czyż nie? Przemyśl to: na czystym niebie w sierpniu 1814 roku w pobliżu Agen we Francji zaobserwowano małą, białą, sferyczną chmurę. Przez chwilę unosiła się w bezruchu, nim zaczęła się obracać i przemieszczać w kierunku południowym. Świadkowie opisywali ogłuszający grzmot wydobywający się z chmury, która eksplodowała, wywołując deszcz kamieni i skał. Chmura powoli zaczęła znikać.

Oto jeden z przykładów niewiarygodnie rzadkiego i bardzo niezwykłego typu chmur. Inne udokumentowane relacje mówią o chmurach przemieszczających się szybciej od wiatru, chmurach zsyłających deszcze owadów lub dających specyficzne cienie. Istnieje historia mężczyzny z Oyster Bay w Long Island w USA zaatakowanego przez plującą chmurę. Trudno znaleźć jakiekolwiek racjonalne wyjaśnienie dla tych historii.

 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-04-11, 00:07   

Rosjanie ponowie otwierają śledztwo w sprawie śmierci na Przełęczy Diatłowa



W marcu na Ural ruszyć mają badacze, w tym geolodzy

Dokładnie 60 lat po tajemniczych wydarzeniach, do których doszło na Przełęczy Diatłowa badacze z Rosji postanowili ponownie przyjrzeć się tej sprawie. Czy ekipie naukowców uda się wreszcie ustalić, co stało się ze studentami?

Dzewięcioro studentów wyruszyło na szlak, by zdobyć górę Otorten
Pod koniec lutego 1959 roku udało się odnaleźć ich ciała
Do dziś nie wiadomo, w jaki sposób zginęli, bo były to bardzo niejasne okoliczności

Jedna z najbardziej zagadkowych historii XX wieku swój początek miała 25 stycznia 1959 roku, kiedy to 10-osobowa grupa studentów i absolwentów Politechniki Swierdłowskiej wyruszyła na wyprawę, której celem był Ural, a konkretnie góra Otorten. W kolejnych dniach z ekipy odłączył się jeden z członków, który cały i zdrowy powrócił do domu. Studenci pod wodzą Igora Diatłowa wędrowali dalej po szlakach i około 1 lutego ruszli w stronę Otorten, nazywanej przez miejscowych Mansów Górą Śmierci.

Od tego miejsca w tej historii nic nie jest już pewne poza tym, że po 26 dniach, gdy żaden z członków ekipy Diatłowa nie powrócił z gór rozpoczęły się poszukiwania studentów. Udało się ich znaleźć, ale... W zasadzie nie wiadomo, co się stało. Żadnemu spośród tych doświadczonych w górskich wyprawach młodych ludzi nie udało się przeżyć. Ich ciały nosiły ślady urazów, jednej z osób brakowało języka, inna miała połamane żebra, do tego skóra każdej z ofiar miała dziwny kolor, który mógłby wskazywać na napromieniowanie.

Wokół sprawy śmierci na Przełęczy Diatłowa (która została tak nazwana dla upamiętnienia tragicznie zmarłych studentów) od początku rosły różnego rodzaju domysły. Podejrzewano lawinę, niedźwiedzia, ślepotę śnieżną, halucynacje, morderców, którzy uciekli z łagru, ale znacznie więcej było teorii bardziej kontrowersyjnych. Sugerowano, że młodzi trafili w pobliże tajnej bazy Sowietów, którzy nie mogli dopuścić do tego, by powiedzieli o niej światu. Że przypadkiem zostali oni napromieniowani w wyniku kontaktu ze składowanymi w tej okolicy radioaktywnymi substancjami. Sugerowano, że śmierć była efektem klątwy Góry Śmierci lub zemsty ze strony plemienia Mansów, które źle zniosło próbę zbezczeszczenia Otorten. Pojawiła się nawet koncepcja, że studenci spotkali wrogo nastawionych przedstawicieli obcej cywilizacji...

Śledztwo w tej sprawie dość szybko zamknięto, bez satysfakcjonujących rozstrzygnięć. Teraz, dokładnie 60 lat po tych zdarzeniach Rosjanie postanowili na nowo zmierzyć się ze sprawą Igora Diatłowa i jego towarzyszy. Między 10 a 20 marca badacze (w tym geolodzy) wybiorą się na Ural, by jeszcze raz przyjrzeć się tematowi i poszukać możliwych rozwiązań. Dlaczego właśnie teraz, kiedy wszystkie ślady minionych zdarzeń już dawno się zatarły? Podobno przeważyły prośby członków rodziny zmarłych, a także presja opinii publicznej i mediów, które wciąż żywo interesują się sprawą śmierci na Przełęczy Diatłowa.

Teraz pozostaje nam tylko czekać do marca i liczyć na to, że badacze faktycznie odkryją coś, co wcześniej zostało przeoczone. I że podzielą się takimi informacjami ze światem

https://facet.onet.pl/str...rcc=ucs&utm_v=2
 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-04-15, 21:29   

UFO w lesie Rendlesham - incydent, który trudno wytłumaczyć



Wydarzeni z lasu Rendlesham obejmują szereg obserwacji, jakie miały miejsce pod koniec grudnia 1980 r., kiedy tajemnicze obiekty kilkakrotnie pojawiły się wokół amerykańskich baz wojskowych w Woodbridge i Bentwaters.

Na polanie odkryto pojazd wielkości czołgu, w kształcie piramidy
W dotyku przypominał podobno ciepłe szkło
W pewnej chwili wzbił się w powietrze i odleciał


26 grudnia 1980 r., około godziny trzeciej w nocy, wartownicy pełniący służbę przy jednej z bram bazy Woodbridge zauważyli dziwne światło zbliżające się do lasu Rendlesham. Jak informuje wpis w dzienniku, było to coś w rodzaju "spadającej gwiazdy", która pojawiła się niedaleko arsenału. Należy tu dodać, że w okresie zimnej wojny obie bazy znajdowały się w stanie najwyższej gotowości i najprawdopodobniej przechowywana była w nich broń jądrowa (Amerykanie nigdy tego nie przyznali, ale też nie zaprzeczyli).

Myśląc, że w lesie mogło dojść do katastrofy lotniczej, na miejsce wysłano grupę zwiadowczą złożoną z trzech osób, które na miejscu ujrzały - dobiegające z lasu - światła przypominające pożar. Niebawem okazało się, że to, co wydawało się być płonącym samolotem jest w rzeczywistości spoczywającym na polanie niezidentyfikowanym obiektem o rozmiarach czołgu, w kształcie piramidy. W miarę zbliżania się do miejsca lądowania "napięcie" rosło i to dosłownie - świadkowie twierdzili, że z jakichś powodów w pobliżu obiektu włosy stawały im dęba, a ruchy stawały się spowolnione.

Jeden ze strażników, sierż. Jim Penniston twierdził nawet, że podszedł do UFO na tyle blisko, aby dotknąć jego ciepłej, jak potem relacjonował, gładkiej ściany przypominającej w dotyku szkło. Na powierzchni obiektu zobaczył także symbole, które przywodziły mu na myśl "egipskie hieroglify". Wszystkie wnioski z obserwacji zapisał w swoim notatniku.

Po niedługim czasie z UFO wydobył się błysk światła, który sprawił, że świadkowie padli w przerażeniu na ziemię. Obiekt wkrótce oddalił się i odleciał. Niedługo potem na miejsce przybyli miejscowi policjanci, ale jedyne światła, na które się natknęli pochodziły z pobliskiej latarni. Miejscowym ufologom udało się jednak znaleźć innych świadków obserwacji dziwnych świateł, ale jak się okazało, nie był to koniec sprawy z lasu Rendlesham.


W godzinach porannych powrócono na miejsce wydarzeń, odnajdując tam wgniecenia w ziemi, wskazujące domniemane miejsce lądowania obiektu, jak też ślady ognia i połamane gałęzie. Ponieważ incydent zaniepokoił władze placówki, rozpoczęto przeczesywanie lasu, chcąc przy okazji położyć kres wszelkim dzikim spekulacjom.

Okazało się, że dziwny obiekt powrócił do lasu Rendlesham dwa dni później. Słysząc o niezwykłych doniesieniach, zastępca bazy, ppłk Charles Halt, udał się do lasu w towarzystwie kilku innych żołnierzy. Kiedy dotarli na miejsce stwierdzili, że - z nieznanych przyczyn - nie działają ani ich latarki, ani krótkofalówki. Okazało się, że pogłoski o harcach niezidentyfikowanych obiektów wokół baz nie były przesadzone. Halt miał wówczas ze sobą magnetofon, na którym zarejestrował przebieg obserwacji. Po jego udostępnieniu każdy mógł odsłuchać przepełnionej emocjami relacji o tym, co widział:

"Widzę to coś… Wróciło. Leci w tę stronę. Nie mam żadnych wątpliwości… Po prostu razi nas w oczy. Teraz leci ku nam. Widzimy teraz coś w rodzaju zbliżającej się do ziemi smugi światła. Jeden obiekt wciąż wisi nad bazą w Woodbrigde i wysyła w jej stronę promienie".

Tej nocy amerykańscy lotnicy mieli zaobserwować m.in. trzy jasne obiekty w kształcie bumerangu z rozmieszczonymi na nich niebieskimi, zielonymi i czerwonymi światłami, wykonujące gwałtowne powietrzne manewry. Spomiędzy drzew dobiegało także pulsujące czerwone światło innego obiektu. Szczególnie intrygujący był fakt, że jeden z nich wystrzelił promień w kierunku bazy, w której znajdował się arsenał. Kolejny z takich promieni uderzyć miał w ziemię, tuż obok grupy zwiadowczej Halta.


W lipcu 2010 r. Charles Halt wydał oświadczenie, w którym po raz kolejny potwierdził to, co widział. Przyznał otwarcie, że miał do czynienia z obiektem pozaziemskiego pochodzenia i że prawdę o tym, co wydarzyło się w lesie Rendlesham próbowali zatuszować zarówno Amerykanie, jak i Brytyjczycy. Twierdził on także, że w czasie pobytu w lesie wraz z grupą obserwował m.in. światło, które przypominało mu "wielkie czerwone oko" poruszające się między drzewami. Po kilku chwilach z obiektu zaczęły spadać na ziemię krople czegoś, co Halt porównał do stopionego metalu. Jakiś czas później czerwony obiekt miał się "rozpaść" w powietrzu na kilka części, które poleciały w różnych kierunkach.

Wkrótce po bliskim spotkaniu z UFO, Halt postanowił donieść o wszystkim Ministerstwu Obrony. Najlepszym dowodem potwierdzającym to, że w lesie doszło do niezwykłego wydarzenia były wyniki pomiaru promieniowania w miejscu, gdzie rzekomo miał wylądować obiekt, który pozostawił po sobie trzy otwory w ziemi. Poziom radioaktywności był tam kilkakrotnie wyższy od normalnego. Nie mogąc uzyskać żadnych oficjalnych odpowiedzi, wojskowy zdecydował się poszukać ich na własną rękę, przepytując innych świadków. Wkrótce zebranymi przez niego materiałami zainteresowali się amerykańscy wojskowi. Pojawiły się także pogłoski o istnieniu filmów i zdjęć rejestrujących to wydarzenie, jednak te nigdy się nie pojawiły.

Wydaje się jednak, że ani Amerykanie, ani Brytyjczycy "oficjalnie" nie zainteresowali się tym przypadkiem. W miejscu nie przeprowadzono żadnego dochodzenia, a w ministerstwie zgłoszono je dopiero po trzech tygodniach, choć wydarzenie mogło stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Na postępowanie władz skarżyli się sami świadkowie spotkania z UFO w lesie Rendlesham. Część z nich, przez długi czas po niezwykłym przeżyciu, znajdowała się w szoku. Jednak nie przeszkodziło to służbom specjalnym, aby odbyć z nimi serie przesłuchań. Ta niejednoznaczna reakcja ze strony władz i wojska sprawiła, że zaczęto wierzyć, iż wiadomo im na ten temat nieco więcej, ale wiedza ta nie powinna przedostać się do opinii publicznej.


Jako wyjaśnienie wydarzenia w lesie Rendlesham zasugerowano kilka, mniej lub bardziej możliwych, teorii. Sam Charles Halt stwierdził m.in., że nie miał pojęcia, czym mogły być te obiekty, jednak nie były one tworem ziemskiej technologii i ponadto znajdowały się pod inteligentną kontrolą. Wśród innych teorii nie brak tych, które tłumaczą wydarzenie jedynie iluzją optyczną wywołaną policyjnym kogutem czy nietypowym zjawiskiem astronomicznym lub pogodowym. Najbardziej znana teoria próbująca wyjaśnić - za pośrednictwem zjawisk konwencjonalnych - obserwację w lesie Rendlesham mówi, że lotników zmylić mogła obserwacja świateł pobliskiej latarni morskiej. Pytany o to Halt odpowiedział jednak, że: "latarnie nie latają".

Inne teorie wskazywały, że trójkątne UFO z Rendlesham mogło być rodzajem nowoczesnego pojazdu, ale najzupełniej ziemskiego pochodzenia, tworem amerykańskiej lub też sowieckiej technologii (tu zwracano uwagę, że hieroglify widziane na powierzchni obiektu mogły być w rzeczywistości literami rosyjskiego alfabetu). Jeszcze inni wskazywali na możliwość, że wszyscy lotnicy paść mogli ofiarą psychologicznego eksperymentu mającego sprawdzić, jak zachowają się w sytuacji najbardziej niemożliwej z niemożliwych, a więc przy spotkaniu z UFO.

Choć incydent z lasu Rendlesham uważany jest za najbardziej intrygującą z brytyjskich opowieści o UFO, pełen jest luk i nieścisłości dotyczących między innymi relacji naocznych świadków. Udostępniona dokumentacja przypadku nie udziela nam wielu informacji na temat tego, co właściwie widzieli amerykańscy lotnicy. Mimo że nie udało się tego ustalić, historia z lasu Rendlesham wpisała się na długą listę incydentów, w których obiekty UFO widywane były w pobliżu instalacji wojskowych. W 2010 r. w Stanach Zjednoczonych zorganizowano nawet specjalną konferencję, na której przedstawiono relacje naocznych świadków obserwacji obiektów UFO nad stanowiskami z bronią jądrową. Wśród nich znalazł się m.in. bohater historii z lasu Rendlesham, Charles Halt.

Przypadki jak ten z okolic bazy Woodbridge udowadniają nam, że UFO to nie tylko zabawne opowiastki o zielonych ludzikach i latających spodkach. To również całkiem realne - i często pozbawione wyjaśnień - incydenty, pozostawiające po sobie namacalne ślady i stwarzające niekiedy realne zagrożenie.
Autor: Piotr Cielebiaś

https://facet.onet.pl/strefa-tajemnic/ufo-w-lesie-rendlesham-incydent-ktory-trudno-wytlumaczyc/wz4ddv3
 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-04-19, 23:03   

Pioruny kuliste

W styczniu 1984 roku piorun kulisty o średnicy 10 centymetrów wpadł do wnętrza radzieckiego samolotu pasażerskiego i, jak podały radzieckie media, "przeleciał nad głowami zdumionych pasażerów. W tylnej części liniowca rozdzielił się na dwie półkule, które połączyły się ponownie i bezgłośnie opuściły samolot". Piorun pozostawił w samolocie dwie dziury.

Pioruny kuliste są niezwykłym zjawiskiem naturalnym, do wyjaśnienia którego dąży obecnie nauka. Problemem dla naukowców jest fakt, iż zjawisko to występuje dość rzadko, toteż jego zbadanie jest praktycznie niemożliwe. Próbowano sztucznie odtworzyć to zjawisko w warunkach laboratoryjnych, obecnie jednak do badania potrzebna jest naturalna próbka. Może się ono okazać niemożliwe, ponieważ piorun kulisty przemyka - przelatuje w ciągu chwili i znika bądź eksploduje, powodując głośny hałas.

Fascynujące jest to, co wywołuje zjawisko pioruna kulistego, oraz jego intrygujące "zachowanie". Świadkowie mówią, że przemieszcza się on z pewnym rodzajem inteligencji po ścianach lub meblach, być może unikając przeszkód. Bardziej tajemnicze jest przenikanie przez solidne przedmioty. Czasami piorun kulisty pozostawia dziury, tak jak we wspomnianym samolocie, może jednak również przechodzić przez ściany i okienne szyby bez pozostawiania śladów.
 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-05-14, 21:36   

Odkryto tajemnicę neolitycznej zbrodni z terenu Polski

Ofiary zbrodni sprzed blisko 5000 lat pochowane w masowym grobie w małopolskich Koszycach są członkami tej samej szerokiej rodziny - informuje na łamach czasopisma "Proceedings of the National Academy of Sciences" międzynarodowy zespół naukowców. Badacze m.in. z Polski i Danii na podstawie badań DNA pobranego ze szczątków ofiar ustalili, że 15 osób, głównie kobiet i dzieci, było ze sobą spokrewnionych. Wyniki badań wskazują też na prawdopodobnych sprawców zbrodni. W tej mrocznej historii jest jeden jaśniejszy promyk, staranny sposób pochówku wskazuje na istotne znaczenie więzi rodzinnych.



Masowy grób został odnaleziony przez polskich archeologów w 2011 roku. Badania wskazują, że wiąże się z tak zwaną kulturą amfor kulistych, która istniała w centralnej Europie w epoce brązu. Znalezisko pochodzi prawdopodobnie z lat między 2880 a 2776 p.n.e. - schyłkowego okresu tej kultury. W tym czasie dominującą pozycję na naszym kontynencie zdobywali już przedstawiciele tak zwanej kultury ceramiki sznurkowej. Obie społeczności musiały się ze sobą stykać, do tej pory nie było jednak jasne, jaka była natura tych kontaktów. Znalezisko z Koszyc może sugerować, że dochodziło do krwawych konfliktów.

Oględziny i badania genetyczne szczątków ofiar masakry wskazują zdaniem naukowców na to, że pochowano je z dużą starannością, matki obok swoich dzieci i rodzeństwa obok siebie. W grobie pochowano pięć dorosłych kobiet, czterech dorosłych mężczyzn, dwie dziewczynki i czterech chłopców. Najmłodszy z chłopców miał w chwili śmierci od 1,5 do 2 lat. Ofiary miały przeważnie brązowe oczy, włosy w kolorze ciemnym lub ciemnoblond, a także ciemną skórę. Genetycznie różniły się od przedstawicieli kultury ceramiki sznurkowej, którzy mieli pochodzenie stepowe.

Zabite osoby połączone były więzami pokrewieństwa pierwszego i drugiego stopnia, stanowiły szeroką rodzinę składającą się z czterech grup rodziców i dzieci. Najbliżej spokrewnione osoby pochowano obok siebie. Zdaniem autorów pracy pochówek musiały przeprowadzić osoby, które dobrze znały ofiary i którym zależało na tym, by najbliższych umieścić obok siebie.

Analiza uszkodzeń szkieletów pokazała, że ofiary zginęły wskutek uderzeń w głowę. Ponieważ nie stwierdzono innych obrażeń, choćby uszkodzeń kości kończyn górnych, wydaje się, że gdy doszło do napadu na osadę nie było walki, ofiary zostały najpierw pojmane, a potem dokonano na nich egzekucji. Być może pod nieobecność większości miejscowych mężczyzn. Autorzy pracy przypuszczają, że napastnikami mogli być przedstawiciele kultury ceramiki sznurkowej, trudno jednak ocenić, jaka była przyczyna zbrodni.

W podsumowaniu naukowcy m.in. z Uniwersytetów w Kopenhadze i Aarhus, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Adama Mickiewicza i Instytutu Archeologii i Etnologii PAN stwierdzają, że tego typu zbrodnie były zapewne w burzliwych czasach początku trzeciego tysiąclecia przed naszą erą na porządku dziennym. Ich odkrycie jest jednak dowodem nie tylko zbrodni i agresji, ale też silnych związków rodzinnych, obecnych już w tamtych czasach. Wygląda na to, że związki pokrewieństwa były w kulturze amfor kulistych cenione bardzo wysoko.

Grzegorz Jasiński


Czytaj więcej na https://fakty.interia.pl/polska/news-odkryto-tajemnice-neolitycznej-zbrodni-z-terenu-polski,nId,2977747?fbclid=IwAR0HCWi5WFULd16yBXK9dye1D-yKE1tqZUZiQPeWEsDI2k7YzXjMqnwneiQ#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-05-14, 21:40   

Odkryli ludzkie szczątki w fosie koło fortu. Stowarzyszenie Pomost przeczesze ten teren

Znaleziska dokonało stowarzyszenie Pomost z Poznania około godz. 14 w okolicach Fortu Gwiazda w parku przy ulicy Piastowskiej w Głogowie. Na razie odkopano co najmniej kilka ludzkich zwłok żołnierzy niemieckich. Prawdopodobnie zginęli podczas walk wojennych w 1945 roku. Znajdują się one na głębokości metra.

Myślę, że jest to uzasadnione warunkami, jakie wtedy panowały – zima, oblężenie – tak wyglądają groby masowe – mówi nam Adam Białas z Pomostu.

Prace w tym miejscu prowadzone będą do skutku. Nie ograniczają się wyłącznie do fosy. – Naszym celem jest przeszukanie tego terenu i zabranie wszystkich szczątek – dodaje. Potem trafią na cmentarz pod Wrocławiem w Nabylicach Wielkich, gdzie na mocy umowy międzynarodowej takie groby wojenne są przenoszone.

– Ekshumacja prowadzona jest na zlecenie strony niemieckiej, ich rodzin oraz Niemieckiego Ludowego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi i fundacji Pamięć. Jeżeli ktoś wie, gdzie mogą się jeszcze znajdować w tej okolicy, prosimy o informacje – apeluje Białas.

Dariusz Czaja z Towarzystwa Ziemi Głogowskiej przypomina, że to nie jedyne szczątki jakie znaleziono. Na tym terenie może ich być więcej. – W pobliżu były koszary wojskowe silnie bronione przez Niemców – mówi. Kilka lat temu podczas budowy ul. Rudnowskiej natrafiono na zbiorową mogiłę.
MK

https://myglogow.pl/odkryli-ludzkie-szczatki-w-fosie-kolo-fortu/?fbclid=IwAR0WZoJzVkeYDK5WgZI1ldQtxsZ7F3IoFYG8vqlP56fsOtAExOTkDFilRuE

555.jpg
Plik ściągnięto 0 raz(y) 181,54 KB

 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-05-14, 21:41   

Głogowski Ruch Odkrywców Tajemnic


Po 74 latach szczatki zolnierzy Wehrmachtu zostaly odsloniete spod warstwy ziemi dzis w Głogowie przez Stowarzyszenie POMOST; znaleziono jeden niesmiertelnik - tabliczke z numerem oddzialu i byc moze imieniem i nazwiskiem poleglej osoby. Jakaz to ulga dla rodziny wiedziec w koncu, gdzie spoczywa ojciec, dziadek, przodek....
Odnalezione przedmioty oficjalnie przekazano Informacji Turystycznej w Głogowie.

 
     
Aga 
Super Fan


Ulubiona piosenka Grzesia: Psalm dla Ciebie
Dołączyła: 26 Maj 2010
Posty: 5558
Skąd: PL
Wysłany: 2019-05-14, 21:45   


Ojczulek Denke

14 maja 2019

Na przestrzeni dziejów zdarzają się historie, które większość społeczeństwa pragnie natychmiast wymazać z pamięci. Czy strach jest w jakimś stopniu połączony z mroczną częścią ludzkiej natury? Czy zwyczajny, bogobojny człowiek może okazać się rządnym krwi psychopatą? Przenieśmy się do Münsterbergu, obecnych Ziębic na Dolnym Śląsku, by sprawdzić kim był Ojczulek Denke.
12 lutego 1870 roku w Kalinowie Górnym (gmina Ziębice) przyszedł na świat Karl Denke, drugi syn stosunkowo zamożnego rolnika. Od najmłodszych lat sprawiał kłopoty wychowawcze. Nie pałał zainteresowaniem do pracy na roli, a mając zaledwie 12 lat uciekł z domu, do którego musiała go odprowadzić policja. W późniejszych latach podjął takich prób jeszcze kilka. W szkole należał do najgorszych uczniów i uznawany za opóźnionego w rozwoju. Mimo kłopotów z nauką ukończył szkołę, podejmując praktykę u ogrodnika. W wieku 25 lat zmarł mu ojciec. Gospodarstwo dziedziczył jego starszy brat, natomiast on sam za ojcowiznę, zakupił niewielkie gospodarstwo rolne wraz z ogrodem w Ziębicach. Okazał się jednak złym gospodarzem i szybko popadł w długi. Zmuszony do sprzedaży majątku, nabył w Ziębicach dom w którym zamieszkał, część przeznaczając na wynajem. Należała do niego jeszcze szopa i kawałek gruntu na którym urządził ogródek warzywny. Iście pragmatyczny gospodarz do którego los się uśmiechnął, nie na długo…

Sytuacja finansowa Denkego pogorszyła się za sprawą kryzysu i dewaluacji po I wojnie światowej. Ponownie zmuszony został do sprzedania swojego domu, co jednak nie miało wpływu na jego sytuację mieszkaniową Denke nadal zajmował te same pomieszczenia. Lokale obok były zagospodarowane przez innych lokatorów.

Karl Denke uchodził za bardzo prawego obywatela, zawsze skory do bezinteresownej pomocy – nie był mu obojętny los żebraków i bezdomnych, cieszył się nieposzlakowaną opinią. Stronił od alkoholu i wszelkich innych używek. Uważany był za spokojnego, zrównoważonego i bardzo pobożnego obywatela. Był typem samotnika – nie miał bliskich przyjaciół, stronił od towarzystwa kobiet, a z rodziną utrzymywał luźne kontakty. Dzięki ogólnemu zaufaniu jakim był obdarzony przez lokalne społeczeństwo, bez trudu uzyskał od władz pozwolenie na handel domokrążny. Zajmował się sprzedażą skórzanych pasków, szelek i sznurowadeł, dodatkowo handlował wyrobami mięsnymi i kościami. Nieźle wiodło mu się również w handlu plonami z własnego ogródka, otrzymał nawet przydomek „Rabarbarowego Króla”

W sobotę 20 grudnia 1924 r. do Ziębic przybył bezrobotny czeladnik stolarski Vincenz Olivier. Aby zdobyć pieniądze, rozpoczął żebraczą tułaczkę po okolicy, pukając od drzwi do drzwi. W swojej wędrówce trafił również do domu Karla Denke. Ten zaprosił go do siebie, oferując pieniądze za niewielką przysługę. Zadaniem Oliviera było napisanie listu do brata Denkego. Adolf, ty tłusty bebechu! Olivier słysząc te słowa roześmiany odwrócił się do dyktującego i wtedy otrzymał cios ciężką zaostrzoną motyką! Zaczęła się rozpaczliwa walka o życie, Olivier z trudem wyrwał motykę z rąk oprawcy, a jego krzyki ściągnęły mieszkańców domu. Denke zaś krzyczał, że to ów żebrak go napadł i próbował obrabować. Olivier mimo odniesionych ciosów zdołał udać się na pobliski posterunek, gdzie złożył relację z całego zdarzenia.

Policjanci podeszli z dużym dystansem do zgłoszonej skargi, gdyż oskarżony został prawy współobywatel przez nikomu nieznanego włóczęgę. Komisarz wręcz z oburzeniem miał oświadczyć – Karl Denke i mord, to jest naprawdę śmieszne.

Oliviera zatrzymano i osadzono w celi więziennej, dopiero gdy wezwany lekarz potwierdził iż faktycznie osadzony został zaatakowany, a odniesione rany są tego dowodem, policjanci postanowili przesłuchać Denkego oraz jego sąsiadów.

Denke cały czas utrzymywał wersję o tym, że to on został zaatakowany przez Oliviera i że to on jest pokrzywdzony. Policja jednak zdecydowała się na zatrzymanie Denkego do wyjaśnienia całej sprawy. Bezskutecznie zresztą, bo jeszcze tego samego dnia Denke powiesił się w swojej celi na… chusteczce do nosa. Strach przed odkryciem jego tajemnicy wziął górę!
Szopa, w której Denke przechowywał zapeklowane ludzkie mięso

22 grudnia 1924 r. rodzina Karla Denke wystąpiła do władz o wydanie ciała samobójcy, chcąc sprawić mu pogrzeb. Dwa dni po tym fakcie policja udała się do domu Denkego celem zabezpieczenia mienia. Tego co tam odkryli nie oddałby najmroczniejszy koszmar.

W mieszkaniu i szopie odkryto licznie zgromadzone naczynia z peklowanym mięsem, odkryto również aparat do produkcji mydła obok którego leżały przygotowane do obróbki ludzkie kości. Na ścianie wisiały tuziny pasków, szelek i sznurowadeł z ludzkiej skóry. Znaleziono również kolekcję ludzkich zębów w ilości 420 sztuk.

W szafie zgromadzone były zakrwawione ubrania, a na parapecie i stole leżały papiery na różne nazwiska:

– Hermann Muller – karta zwolnienia z więzienia w Zielonej Górze

– Johann Thomalla- wypis ze szpitala w Strzelcach Opolskich

– Karl Seidel – kwity

– Kaspar Hubalem – kwity

– Adolf Salisch – cukiernik, książeczka wydana przez katolicki związek rzemieślniczy

Zabezpieczone, peklowane mięso przekazano do laboratorium kryminalistyki we Wrocławiu, a badania potwierdziły że było ono ludzkie i należało do kilku różnych osób. Liczba ofiar Ojczulka Denke (bo tak go nazywano) sięgała około 40 osób. Zdołano zidentyfikować tylko 20 z nich. Seryjny morderca rekrutował swoje ofiary z grup najuboższych – włóczęgów, bezrobotnych i żebraków.

ąsiedzi Denkego byli przekonani o tym, że odgłosy rąbania i piłowania dochodzące z jego mieszkania były związane ze sprzedażą psiny, co nie było dziwne w owych czasach oraz wyrobów mięsnych na wrocławskich targowiskach, gdzie handlował „peklowaną wieprzowiną bez skóry”…

Kiedy sprawa kanibala z Ziębic została po raz pierwszy opisana w prasie, społeczeństwo ogarnął… masowy „wegetarianizm”.

Historia Denkego została szybko wyciszona. Może obawiano się o gospodarkę gdyż sprzedaż wyrobów mięsnych głęboko się pogorszyła, a masarnie i rzeźnie zaczęły świecić pustkami. A może ludzie zwyczajnie bali się mrocznej natury kanibala… Spokojny, bogobojny sąsiad okazał się krwawym mordercą… Karl Denke pochowany został 31 grudnia 1924r. w kącie cmentarza, pogrzebowi asystowała policja. Do dnia dzisiejszego motywy zbrodni jakich się dopuścił Denke nie zostały wyjaśnione.

Warto dodać, że szczegółowo, fascynującą w pewnym sensie historię Denkego opisała w swojej ostatniej książce Ten dom ma tajemnicę Joanna Lamparska.

Opr. Anna Czarna

http://historia-swidnica....UPHty04tImrlvRA
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,34 sekundy. Zapytań do SQL: 10